Miałam jeden niewykorzystany wkład do podusi. Miałam dokupić jakiegoś kolejnego włochacza. Miałam. Tylko że zawsze są ważniejsze wydatki, a teraz to już w ogóle... Syn idzie do 5 klasy i ta darmowa edukacja już mi z portfela kompletnie wszystko sprząta :/ Szkoda, że ta darmowość taka droga jest...
Ale w związku z powyższym: wygrzebałam z czeluści szafy sweter. Mój, szkolny, wełniany. Gryzący nieludzko, bo babcia sama wełnę na niego przędła na kołowrotku i osobiście na drutach go dziergała. I żal mi się zrobiło, ze leży od 20 lat i czeka, aż go mole kompletnie rozparcelują po swojemu :) Pomyślałam - pruję :D Troszkę mi ręka zadrżała nad tą niszczycielską działalnością, ale zacisnęłam zęby i tyle. Koniec marnowania miejsca w szafie :P
Dodałam nieco szarości, odrobinkę turkusu - a jakże by to bez niebieskości miało być ;) - i proszę. Leży już "na wierzchu". Na wypadek niedopasowania kolorystycznego mojego turkusu z innymi elementami niegdysiejszego wystroju mojego przyszłego domu - jedna strona jest tylko wełniana - szara. Bez koloru.
I strona "adaptująca się wszędzie" ;D
Nic to, że nadal gryzie ta wełna z dziadkowych owieczek. Podusia wcale nie służy do tulenia :D
Ma "wyglądać" ;) Takie jej zadanie :P
Myślałam nad zapięciem, ale stwierdziłam, że poco? Przecież moja jest, a że umiem na szydełku, to sobie rozpruję jeden bok, a potem zarobię :D Wystarczyło schować dłuższą nitką na koniec. Jakoś nie lubię guzików i zapinań. Nie mam do takowych serca :)




